sniadanie mistrzow


Gotowac lubie. A nawet umiem. W sensie, ze potrafie i bawi mnie to jak kuternoge proteza.
A poniewaz dziki i szalony seks a takze zarowno praca moja radosna wykladowcy w miedzynarodowej kompanii handlowej, matce naszej, wysysa (lubie ten czasownik:’wysysa’) ze mnie spora czesc sil witalnych, a niedziela jest dniem panskim i dokladnie wiadomo, kto tu jest ‚pan’, wiec gdzies tak w okolicy godziny trzeciej nad ranem zaczalem sobie ukladac menu sniadaniowe, aby po powrocie do domu sporzadzic i spozyc maksymalna liczbe kalorii. (Co, jak co, ale chcialbym podkreslic, Moje Drogie Parafianki, ze udalo mi sie mimochodem wyemitowac calkiem przyzwoitej dlugosci zdanie wielokrotnie zlozone, oklaski, dziekuje)
Ja juz taki prosty, sila od pluga oderwany kolo se jestem, ze jak se cos, kurwa, pomysle, to nie mysle, tylko robie, tak?
No.
To – jak mowi Edek – poszlem se ja na zakupy, szosta rano.
Kupilem tylko to, co potrzebne, bo to, co niezbedne zawsze w domu mam, tak?
Wrociwszy nalalem sobie szklanke czerwonego wina (tylko cieniasy, maminsynki i metroseksualne chlopieta pija wino na lampki, twardziele wala na szklanki i zra ibuprofen bez zapitki) produkcji mejd in frans, wychylilem ja do dna i zjechalem winda ze swojego szostego pietra w celu wyjarania szluga, gdyz albowiem poniewaz, palic mi sie chcialo bardzo, a takze bo lubie gdyz, a w domu sie, kurwa, nie pali.
Uzywajac calkowicie abstrakcyjnej metafory – juz oczami duszy slysze (genialne, prawda?) – glosy oburzenia: ‚jak mozna o 7.15 rano w niedziele, dzien panski, wino czerwone na szklanki wulgarnie przyswajac?’
Odpowiadam zatem, ze nie tylko mozna, a nawet trzeba, bo sie, kurwa, na czczo nie pali, tak?
No.
Wrociwszy z fajki zapodalem sobie jeszcze jedna szklanice i dajesz wojtek do sniadania.
Proste jak moje zwoje mozgowe to sniadanko: bekonik, do bekoniku cebulka, do cebulki pieczarek tak z pol kilo, bo lubie pieczarki, czosnku troche, podsmazyc, poddusic, do tego calego gowna wbilem radosnie jajek piec. A pozniej, zeby bylo smieszniej i bardziej kalorycznie dowalilem do tego kubek kwasnej smietany.
A pozniej, przy kolejnej szklance, wmlocilem to wszystko do ostatka, wylizalem talerz i z bananem na ryju tak szerokim, ze gdyby nie uszy, to glowa by mi odpadla, postanowilem to na pismie uwiecznic dla potomnych.
Bo jako intensywny erotoman i skrzyzowanie pracoholika z calkowicie zdegenerowanym alkoholikiem – niewiele mam takich chwil.
Cenne, bo rzadkie.
Kelner!
Rachunek!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: