Osmy grzech glowny: glupota

„Bóg nie gra z ludzkością w kości” (Albert Einstein)

– Przełóż
– Leci

– Jeden trefl
– Dwa piki
– Pass
– Cztery karo
– Ostro…kto gra w karo przegra zaro: siedem bez atu
– Pas
– Pas
– Pas
– Po trzecim pasie mów pas, kutasie
– Uuuu, aleś pociągnął. Kto wychodzi?
– Pytek
– Wistuj waść, bo w pinczowie dnieje
– Na Boga wychodzisz karo?
– As bierze raz, dama bierze sama, a listonosz puka zawsze dwa razy.
– A co ja jestem, Duch święty?
– Pan, gra proszę pana z dnia na dzień coraz gorzej. Tylko, dlaczego pan gra dzisiaj, tak, jakby pan grał za dwa miesiące?
– Jezus, co ty robisz?
– No i sprawa się rypła. Posprzątane
– Nie gram więcej
– Dobra, zabawiliśmy się, powiedz LucyFair, co u ciebie?
– Źle jest. Ciężko. Sezon grzewczy w pełni, jak zawsze, ustawiczne problemy z zaopatrzeniem, a klientów jakby coraz mniej i mniej, a co u Ciebie Mister Bi?
– Nienawidzę tej roboty, wiesz? Znaczy się, nie jest źle, bo warunki pracy odpowiednie i jest darmowa kawa, ale szczerze mówiąc, ciężko jest żyć z dissociative identity disorder i mieć trzy osobowości naraz. W byciu bogiem problem polega na tym, że nie ma się do kogo modlić i ciężko znaleźć grupę wsparcia.
– Nie przesadzasz trochę? Boże, masz dobrą pracę, nie zmarnuj tego.
– I jeszcze mam ten sam problem, co ty – w sumie, LucyFair, jedziemy na tym samym wózku: klientów coraz mniej. Ludzie przestają wierzyć we mnie i w Ciebie. Wydawałoby się, że łatwo jest wierzyć w boga, bo tak trudno jest wierzyć w ludzi, ale widzisz, co się narobiło. Są nawet tacy, którzy sadzą, że nie istniejemy. Taki jeden powiedział nawet „Bóg umarł”
– I co zrobiłeś?
– Powiedziałem mu to samo: „nie żyjesz, Fryderyk” i odprawiłem go z niczem. Mieszka teraz u Ciebie, ze siódmym kręgiem. Wyobrażasz sobie, że oni zaczynają mnie wizualizować jako podstarzałego, brodatego kręgowca w gazowym stanie skupienia? Ech, najchętniej to zrobiłbym im powtórkę z rozrywki i spuścił małą deux ex machina w postaci płynnej.
– Wiesz dobrze, że nie możesz tego zrobić. Potrzebujemy ludzi i ich wiary tak samo jak oni potrzebują nas. Bez wiary nie mamy racji bytu – pamiętasz, co się stało z tym grekiem Zeusem? Ludzie przestali w niego wierzyć. I skończył jako operator wysokiego napięcia. Czasem tylko zrobi małe zwarcie, żeby nie wyjść z wprawy.
– Wiem, wiem, Lucek…ciężko jest lekko żyć.
– Masz jakiś plan?
– Ja zawsze mam jakiś plan. Puszczę im emisariusza.
– Przecież mamy tam kogoś na rezydenturze?
– Eeee tam, to zwyczajny faszystowski uzurpator, pionek od machania ręką, uśmiechów i przepraszania. My potrzebujemy kogoś, kto zarazi ludzi czymś, co będzie ich cechą powszednią. Te wszystkie siedem grzechów głównych, które proponowałeś, już im spowszedniały. Zżyli się z nimi. Przestali mieć poczucie winy. Już nie działają. Tu trzeba czegoś, co jest grzechem głównym, najgłówniejszym, oni go będą popełniać, a nie będą o tym wiedzieć. Comprende?
– O mój boże, to iście szatański plan..
– Zapominasz się, Lucek.
– Dobra, masz kogoś, kogo tam możemy posłać?
– Mam. Może nie jest zbyt lotny, inteligencją nie grzeszy, w niebie trudno grzeszyć – sam zresztą zobaczysz. Uczciwy za to jest. I uparty, i konsekwentny jak stonoga wkładająca sandały. No i jako jedyny ma wielowymiarowe szkolenie czwartego stopnia, znaczy w czasie się może operować dowolnie.
– Nie spieprzy?
– Spokojnie, on nie jest jak ta, jak jej tam było? A, Joanna, cośmy ją posłali ostatnim razem, pamiętasz?
– Ta, co jej sześć śrubek wkręcili w lewą nogę na przesłuchaniach?
– Dokładnie ta sama. W sumie przeżyła, ale miała straszne problemy z ochroną przy bramkach na lotniskach. Poczekaj moment, zawołam go.
– Gabrielu, wezwijcie mi tu Mata…
– Spocznijcie, Matołuszu. Przyglądamy się wam, Matołuszu, od dawna. Jesteście wiernym, oddanym sprawie aniołem. I w uznaniu dla waszych zasług postanowiliśmy wysłać was z misją na ziemię. Sytuacja jest następująca: nasi agenci – od 001 do 007 polegli. Zaszczepili w ludziach pychę, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie, gniew i lenistwo. Wy będziecie agentem 008. Waszym zadaniem jest prześliznąć się po epokach, i zasiać w ich umysłach Twoją, Matołuszu, dominującą cechę charakteru. Jeśli wam się uda, dostaniecie awans na serafina i najnowszy model skrzydeł „GoldWing”, zrozumieliście?
– Eeeeee? To, co ja mam tam robić w sumie?
– Bądźcie sobą, Matołuszu, bądźcie sobą – to wystarczy. Możecie się zahaczyć do pracy gdzieś, najlepiej w massmediach, telewizji czy gdzie tam chcecie. Byle byście byli sobą, to wystarczy. Tylko imię zmieńcie na inne, bo was zdemaskują. Nie za bardzo, może być jedna literka, bo mi się zgubicie. A jak już przelecicie przez te epoki, to odwiedźcie Powązki, tam w Alei Zasłużonych leżą pozostali agenci, złóżcie hołd. I przywieźcie mi coś z podroży. Odmaszerować.

– I co o nim myślisz, Lucek?
– Jest doskonały.
– Prawda?

***

– Wiesz, God Father, to naprawdę był idealny plan. I realizacja pierwsza klasa: nie nadążam z przerobem teraz, kotły pełne, klienci walą drzwiami i oknami, Charon nie nadąża z transportem, a ja musiałem odwołać swoich z urlopów. Nikt się nie zorientował?
– Coś Ty, Lucek…są jak stado baranów – zajmują się pierdołami, a nie zdają sobie sprawy, że oprócz tych siedmiu oficjalnych grzechów głównych, jest jeszcze jeden, najważniejszy, – bo niewidoczny, napisany najmniejszym druczkiem. Od razu wiedziałem, że głupota jest doskonałym, ponadczasowym wynalazkiem, od którego ludzkość nie jest w stanie ani uciec, ani się wyzwolić. Wszechobecna, wszechogarniająca, ponadczasowa i totalna…
– To coś, tak jak my dwaj, prawda?
– Zachowujcie się LucyFair, bo każe was egzorcyzmować…

– Gratulujemy Wam, Matołuszu, pomyślnego zakończenia misji. Spełniliście ją wzorowo: ilość inteligencji na planecie jest wielkością stałą, a populacja nadal rośnie…Co tam chowacie za plecami?
– Prezent.
– Dawajcie, no nie wstydźcie się.
– Co to jest? Dajesz swojemu bogu świeczkę? A co dasz diabłu?
– Miałem ogarka, ale poszedł w las….
– Tu też już idźcie, Matołuszu. Idźcie.

Reklamy

2004,grudzien

wrócić do domu
powiesić na wieszaku znoszone ubranie
umyć ręce zimną wodą z kranu
napełnić czajnik
a później usiąść w fotelu
uplecionym z ciszy
i milczeć do siebie
patrząc w rubin stygnącej herbaty

gdzieś daleko
bóg się rodzi

Zenon Maria (dwojga imion) Poprzeczny i bal w Balmoralu

– Bluzkę ściągaj, Jadźka, ale migusiem – władczo wydał dyspozycje Zenon Maria (dwojga imion) Poprzeczny swojej serdecznej koleżance przyjaciółce również alkoholiczce Jadwidze Paradoks.
– A kochasz mnie Zeniu?
– Kochasz, nie kochasz, czasu nie mam Jadźka, kobieto, człowieku, men – stanowczo odparł Zenon – Edek czeka.
– To nie będziesz mnie dzisiaj seksił Zeniu?
Usłużna wyobraźnia podrzuciła Zenonowi kilka traumatycznych obrazów z Paradoks Jadwigą w roli głównej, poczuł w członkach absolutną niemożność wykonania jakiegokolwiek ruchu, błyskawicznie przeanalizował obecną sytuację i po dramatycznym wysiłku intelektualnym pokiwał przecząco głową i westchnął: – Nie, Jadzia, nie będę, jeszcze nie czas.
– Wiem, Zeniu, wiem…a po co ci ta bluzka?
– Matko boska tęczowa, na bal idę. Z Edkiem. No znasz Edka przecież, ten duży taki.

Edek istotnie był duży. No, może nie taki duży jak deficyt budżetowy Korei Północnej, ale spory był, owszem.
Wygląd swój zawdzięczał nowoczesnej niekonwencjonalnej medycynie sportowej przyswajanej dożylnie, a także intensywnym ćwiczeniom gimnastycznym. Musiał ćwiczyć, bowiem od dziecka – będąc anarchistą totalnym – narażony był na ustawiczne zaczepki bardziej radykalnego prawicowego odłamu starszaków.
Błędem jednakże byłoby osądzać Edka po wyglądzie – w jego 130 kilogramach żywej wagi i kształtnie wyrzeźbionej piersi biło wrażliwe i czułe serce poety, który swoje emocjonalne rozterki, pytania egzystencjalne i ból istnienia przelewał na papier. Kilka lat temu, przed wyjazdem z Polski zdobył nawet drugie wyróżnienie trzeciego stopnia na Corocznym Konkursie Poetyckim Młodych Bywalców Siłowni ‘Sztanga’ za poemat trzynastozgłoskowcem rozpoczynający się od słów: ‘czy to, że noszę skórę czyni mnie gorszym?’ Jako człowiek skromny i w codziennej komunikacji używający tylko kilku kolokwialnych zwrotów będących zlepkiem jednego czasownika odmienianego na wszelkie możliwe sposoby, oraz kilku rzeczowników, które w zależności od płci rozmówcy potrafił biegle modyfikować – swoje literackie osiągniecia eksponował jedynie wśród najbliższego grona zaufanych nieprzyjaciół i tylko w chwilach rozrzewnienia, gdy stężenie alkoholu we krwi osiągało ten magiczny poziom zdefiniowany jako zabójczy dla obywateli tak zwanej półkuli zachodniej.
Zenon rozumiał Edwarda jak nikt i od razu wiedział, że jeśli rzeczony Edek przy rozpracowywaniu wieczornego sajdera melancholijnie rzucił w powietrze ‘ech, kurwa, kurwa…’ to nie oznaczało to nic innego, jak tylko frustrację wynikającą z faktu, że w maszynie sprzątającej dumnie przez Edwarda obsługiwanej, puściła uszczelka pod zaworem i płyn hamulcowy wyciekł na prawie całkowicie wypolerowaną powierzchnie płaską, którą Edward zarządzał.
Zenon Maria Poprzeczny w ogóle rozumiał ludzi.
Przez kilkanaście lat był dobrze zapowiadającym się adiunktem na Wydziale Astronomii, Astrologii i Etnografii Stosowanej jednej z czołowych polskich uczelni. Niestety po wzmiankowanych kilkunastu latach dobrego zapowiadania się został wydalony z uczelni dyscyplinarnie za to, ze zamiast koncentrować się na analizie ‘O obrotach ciał niebieskich’ Kopernika, wolał bardziej przyziemnie obrać ciała z niebieskimi oczami.
Małżonka, z którą na przestrzeni lat z coraz większą niechęcią dzielił łoże, wyprowadziła się zostawiając mu łóżko, krzesło, niespłacone raty za tajwański telewizor i trwały uraz do słowa ‘imbir’, który nieodmiennie kojarzył mu się kolorem włosów do niedawna ‘obecnej’, a teraz już ‘byłej’ małżonki.
Dopiero po jakimś czasie Zenon zorientował się, że była żona chcąc pognębić go jeszcze bardziej w akcie milczącej zemsty za zmarnowane życie zostawiła mu „Dzieła Wszystkie” Jana Dobraczyńskiego.
– To była właśnie taka wredna suka bicz – zwierzał się Zenon trzy lata później w Edynburgu swojemu najserdeczniejszemu koledze przyjacielowi Edwardowi siedząc na łóżku w pokoju numer 3 w schronisku dla bezdomnych – „Nad Niemnem”, albo nawet „Psią Gwiazdę” Jana Andrzeja Morsztyna jeszcze bym zniósł. I wybaczył. Ale Dobraczyńskiego?
– Pppprzyjjatsielu mój jedynyy – lekko zdwajając zgłoski po trzech zaledwie sajderach tesko walju pocieszał go Edward – A tttsoo jeśśli pewnego dnia i ja będę musiał odejśćć, hep?
– Nnnie ppprzejmuj się, Edziu – równie płynnie odpowiedział Zenon ściskając Edka za łapę wielką jak bochen chleba – jak się kogoś kocha, to ten ktoś nigdy nie znika tylko siedzi i czeka na ciebie….

Z zamyślenia wyrwał Zenona czuły i subtelny jak syrena strażacka głos Jadwigi:
– Jaki znów, kurwa, bal? Zdradzał mnie będziesz niepatriotycznie z jakimiś szkockimi dziwkami, tak?
– Spokojnie, Jadzia, kobieto, człowieku, men. To spokojny bal przebierańców ma być, pełna kultura i żadnej kobitki. Same chłopy. I moralny ten bal ma być. Sama popatrz – w hotelu Bal Moral, to musi być moralnie i porządnie, tak? Wiem, bo słyszałem, jak ten sklepikarz gdzieś dzwonił, jak mu zaplecze zamiatałem i mówił, do innego faceta, że przebrać się ma porządnie. I że jeden się przebierze za Niebieskie Ziarno Kukurydzy – wyguglałem, bo nie znalem tego słowa – Kapri Korn. Ciekawe jak to zrobi? A najlepsze, Jadźka, że to prawie za darmoszkę, bo wjazd tylko dwa pensy – słyszałem, jak ten sklepikarz mówił do tego drugiego ‘I weź te dwa pensy, bo nie wejdziesz’.
– A masz tyle, Zeniu?
– Spokojna Twoja rozczochrana, Jadźka. Z tego co mi ludzie nawrzucali wybrałem specjalnie takie ładne, błyszczące, prawie nowe.
– To ty Zeniu w wielki świat wkraczasz dzisiaj – uspokojona Jadźka zdejmowała spódnice – ale nie zapomnisz o mnie, jak już tam wkroczysz?
– Co Ty, Jadźka, kto raz cie zobaczył, ten cie w życiu nie zapomni – odpowiedział Zenon – rajtki też.
– Jak to rajtki też?
– No bo na hotele z takimi owłosionymi nogami nie pójdę, a golić się nie mam jak, bo w tym tygodniu Rysiek spod ósemki używa maszynki. Wiesz, że jak już coś robię, to porządnie..
– Oj wiem, Zeniu, wiem – rozmarzyła się Jadwiga i zarzuciła wdziękami powodując jeden wstrząs główny i kilkanaście wstrząsów wtórnych. W promieniu kilkuset metrów od schroniska w samochodach włączyły się alarmy, a na Islandii wybuchł wulkan blokując ruch lotniczy w prawie całej Europie.

Kłamcą i wrednym oszczercą byłby ten, kto patrząc jak Edek z Zenonem wolno, aczkolwiek stanowczo zdążali w kierunku hotelu Balmoral, za ich chwiejny i taneczny krok winiłby wywalone w bramie duszkiem dwa półtoralitrowe sajdery zakupione w pobliskim Tesco.
– Ttto wwszystkko te jeeebane obbbcasy – czknął śpiewnie Zenon – jak te baby mogą w tym chodzić? Zobacz coś mi Edziu, człowieku, men, narobił posajderowym flaszbakiem…plamy na spódnicy zostaną…
– Ciężko jest rzygać pod wiatr – filozoficznie stwierdził Edek wyciągając z torebki dwa pensy – mam nadzieje, że ta inwestycja się opłaci…

Weszli do hotelu.
Ochroniarz tylko spojrzał na nich, przez chwilę dokładnie przyglądał się monecie dwupensowej i bez słowa wpuścił ich do środka.
– Ty, Zenek, patrz, nie tylko my wpadliśmy na pomysł, żeby się za kobitki przebrać – z rozczarowaniem stwierdził Edek
– Kuuuurwa, widzisz to samo co ja? – Zenon przetarł oczy – już nigdy więcej tanich sajderow…widzę podwójnie, wszystko widzę podwójnie…widzisz?

Jakkolwiek światło było lekko przytłumione, z łatwością można było dostrzec kilkunastu mężczyzn przebranych w sukienki. Stali, rozmawiali, kilku z nich tańczyło. Prawie każdy z nich miał sobowtóra.

Zenon rozglądał się ciekawie dookoła.
Nagle zatrzymał wzrok na statuetce stojącej na podwyższeniu – do statuetki co moment podchodzili mężczyźni i z uszanowaniem dotykali misternie rzeźbionych długich, powłóczystych szat dwóch kobiet siedzących tyłem do siebie na koniu.
Nagle go olśniło – ‘Opona….nie…Epona, tak na pewno Epona’pomyślał. I pełnym przerażenia głosem powiedział:
– Edek, człowiekuu, men…w coś myy wdeptalii….kurwa, w co myśmyy sięe wpakowali…

link: tutaj

z Ali zeszytu w kratke

Gdybym potrafiła słowami namalować to, co się we mnie dzieje, byłby to jeden wielki, kolorowy chaos, jak z obrazów Kandinsky’ego.
Nie lubię w sobie tego stanu gryzącego zawieszenia, strachu, czy nieumiejętności podjęcia decyzji.
Tak bardzo chciałabym umieć poddać się życiu, miękko i intuicyjnie płynąć omijając mielizny.
I chciałabym umieć nie bronić się przed tym co dostaję, na korzyść tego co już mam, co jest pewne i bezpieczne.
Chciałabym miekką gąbką wytrzeć to, co było i nie czuć potrzeby zapalenia kolejnego papierosa na myśl o przyszłości.
I chciałabym być prosta. Nieskomplikowana.
Nie myśleć, nie zastanawiać się, nie analizować ustawicznie.
Nie bać się.
I chciałabym nie mieć tych wszystkich dylematów, które mam.
A życie mieć w ciepłym kolorze drewna, bez sęków.
Tymczasem zamykam szczelnie drzwi i wsłuchuję się w siebie.
Z namaszczeniem buduję mur dystansu – wysoka fortyfikacje z ironii podejrzliwości i kpiny.
Z czasem nauczę się jak nie mówić zbyt wiele, nabiorę wprawy w żonglowaniu całkiem nieważnymi słowami, poźniej całymi frazami, absolutnie bez treści
A kiedyś może odnajdę siebie w stercie zapisanych skrawków papieru.

link: tutaj

Herbata.

Ma trzydzieści lat, zmarszczki w kącikach oczu: „to od śmiechu” mówi z tym swoim ciepłym uśmiechem.
W Polsce na studiach nauczyła się jak robić odlewy z metalu. Do tej pory ma w mieszkaniu efekt swojej pracy dyplomowej. Studia inżynieryjne nauczyły ją ścisłego analizowania, logicznego myślenia i praktycznego podejścia do życia. Chodzi po ziemi, ale ma głowę w chmurach – wierzy, że każdy ma swoje przeznaczenie zapisane w gwiazdach. Interesuje się astrologią, ale tego czym się teraz zajmuje nie mogła wyczytać w żadnym horoskopie.

W Szkocji od sześciu lat; przeszła typowa drogę polskiego emigranta. Jeszcze dwa lata temu była asystentem menadżera w kafejce. Wcześniej sprzątała, opiekowała się starszymi ludźmi, robiła wszystko to, czym zajmuje się na Wyspach statystyczny emigrant. Po kilku latach podawania kawy zaczęła zakładać się sama ze sobą, czy trafnie odgadnie, który klient zamówi frappe, a który mochachino.

„To jest wygodne życie: rozleniwia. W pewnym momencie przestajesz się starać, ambicje schodzą na dalszy plan, a ty wchodzisz w ten codzienny monotonny, z góry ustalony rytm.” A może wcale nie tak, może po prostu potrzebujesz czasu, może czekasz na swój moment? W końcu przychodzi chwila, kiedy budzisz się rano i mówisz: mam dość. Czas coś zmienić. A potem nagle nie ma czasu, żeby popatrzeć wstecz i zastanowić się, czy spełnianie marzenia ma sens, czy cię nie przerasta i w ogóle – jak się do tego zabrać? „Inni ludzie tylko marzą, a ty po prostu wstajesz i to robisz.”
Zatrzymujesz się dopiero w momencie, w którym robisz dokładnie to samo, co robiłaś dwa lata temu, tylko na własny rachunek. Zmieniło się tylko to, że zamiast kawy podajesz herbatę. Zieloną jaśminową. Yerba mate w tykwach ze srebrną słomką. Pu-erh. Karmelowy roiboos. Żeńszeń. Guaranę. Łącznie 79 gatunków herbat. Czarnych, białych, czerwonych, zielonych, aromatyzowanych, ziołowych i owocowych.
Bo nagle jesteś właścicielka pierwszej polskiej herbaciarni w Edynburgu.

Niewielkie, przytulne wnętrze; obrazy na ścianach, eklektyczne umeblowanie „znalezione na wystawkach lub kupione za grosze w charity shopach, sama je odnawiam, lakieruję, przerabiam, wstawiam nowe siedziska, zbijam półki na bibeloty i książki” – śmieje się – „na początku trzeba się liczyć z każdym groszem. Jeden stół na przykład zaprojektował i zrobił kolega-Czech, student Edinburgh College of Art.”
Lada ze świeżymi polskimi ciastami: serniki, wuzetki, szarlotki, do wyboru, do koloru. Na półkach porcelana na sprzedaż, wybór sypanych herbat i książki dla spragnionych czegoś dla ducha. Ciasne na pozór pomieszczenie okazuje się być bardzo elastyczne i jak w książkach o Harrym Potterze: wraz z napływem klientów rozszerza się. Za ladą kuchnia, gdzie przygotowywane są herbaty, trochę jak w domu, trochę jak u mamy.
Ale zanim malutki lokal stał się herbaciarnią z prawdziwego zdarzenia minęło trzy miesiące ciężkiej pracy. Rejestracja firmy to bułka z masłem, 15 minut przez Internet. Schody zaczynają się w momencie, kiedy musisz podejmować decyzje: znalezienie i wynajęcie lokalu, załatwienie wymaganych licencji, uzyskanie wsparcia finansowego, przeskoczenie całej tej rozbudowanej do absurdu, biurokratycznej machiny. Ciężka fizyczna praca przy urządzaniu wnętrza w pewnym momencie staje się przyjemną odskocznią. A wieczorem człowiek jest już tak wykończony, że nie ma siły myśleć o tym, co będzie jutro, bo zwyczajnie pada na twarz i zasypia w locie.

„Na pierwszego klienta czekałam niewyspana z nerwów. I kiedy wreszcie przyszedł, kamień spadł mi z serca. Całą poprzednią noc myślałam, co będzie, jak nikt nie przyjdzie.” Nieprzypadkowo swoją własną niezależność uzyskałam 11 listopada, ale listopad jest ciężkim miesiącem na otwieranie biznesu. Brzydka pogoda, ludzie wolą siedzieć w domach, albo w zatłoczonych pubach. Przyjaciele mówili mi, zaczekaj, z wiosną ludzie zaczną chodzić na spacery na Meadows, na pewno będą do ciebie zaglądać. Ale ja nie mogłam czekać.
I znów nagle, z dnia na dzień, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy Słońce na dobre zadomowiło się w znaku Baran, Księżyc wędrował po filozoficznym Strzelcu, a wygadany Merkury był w koniunkcji z artystyczną Wenus, okazało się, że coraz więcej ludzi wpada napić się parującej, aromatycznej herbaty i przy muzyce, której nigdzie indziej nie można posłuchać, zatonąć w miękkości czerwonej sofy pod oknem, poczytać ulubioną książkę, albo korzystając z bezprzewodowego Internetu poserfować po sieci.

„Nie chcę, żeby to była tylko kolejna herbaciarnia, jakich wiele w Edynburgu. Chcę, żeby to było miejsce, w którym ludzie szukający oddechu i ucieczki od bieganiny dnia codziennego mogli to znaleźć, ale także żeby to miejsce było nieformalnym miejscem spotkań ludzi o podobnych zainteresowaniach.” Zorganizowała szachowe środy i spotkania dla kobiet, zainicjowała kurs szydełkowania i robienia na drutach, planuje więcej wieczorów filmowych (jeden się już odbył), a także pokaz palenia i mieszania ziół na kadzidła. Organizowała już urodziny i spotkania artystyczne, a jej herbaciarnia stała się ulubionym miejscem spotkań i dyskusji Interaktywnego Salonu Piszących w Szkocji. W dolnej części lokalu szykuje aranżację księżycową, znajdzie się tam wystawa z informacjami o astronomii, będzie też możliwość wypicia herbaty na księżycowym łaziku.
Nie poprzestaje na tym, chce robić duże imprezy, z rozmachem, chce, żeby herbaciarnia stała się miejscem skupiającym artystów i nade wszystko chce pomagać innym.
„Spełniłam swoje marzenie, teraz chce pomagać innym ludziom spełniać ich marzenia.”

„Kiedy ludzie pytają czy odniosłam sukces, odpowiadam: sukces ma dla mnie smak i zapach mojej ulubionej fiery chocolate.”

Anna Pyster – właścicielka Ephemeris Tea Room
24 Marchmont Crescent
Edinburgh
EH9 1HG
Tel.: 0131 478 3000

Godziny otwarcia:
Pon – Sob: 10:00 – 18:00
Nie: 12:00 – 18:00

http://ephemeris.co.uk/
tekst pisany w kooperacji z Łakoma

%d blogerów lubi to: