wieczorem

czasami – w takie wieczory jak dzisiaj, kiedy za oknem juz ciemno, a przede mna stoi niebieski kubek pelen goracej kawy i w tle slychac jakas muzyke, ogarnia mnie tesknota nieokreslona i taka lagodna pachnaca deszczem odmiana melancholii.
i prawie bolesnie namacalne pragnienie nalezenia do kogos.
kogos, kto jest obok:daleko na tyle, by nie ograniczac mojej wolnosci i na tyle blisko zeby nie czuc dystansu.kogos, kto jest w stanie znosic wszystkie moje nastroje.
milczenia moje kilkudniowe.
kogos, dla kogo bylbym tlenem niezbednym do zycia.
jest we mnie odmierzana pulsujacym rytmem przeplywajacej przez serce krwi tesknota
za delikatnym dotykiem,
cieplym oddechem i wlosami na poduszce.
spojrzeniem spod polprzymknietych oczu.
delikatnie rozchylonymi ustami i tym swiatlem w oczach.
i za tym rodzajem zrozumienia, ze slowa sa zbedne, a wszystko jest jasne.
w takie wieczory jak dzisiaj
zamykam sie w sobie
bardziej
owijam cieplym kocem
zamiast
(jestem
polozlkym zaschnietym lisciem opadajacym z drzewa
kasztanem w kolczastej lupince czekajacym na dzieci
lezacym na wydeptanej przez czas parkowej alejce
jestem zlozonym czasownikiem nieregularnym)
jestem rozedrgany

i dopiero pozniej sobie przypominam
ze przeciez tak naprawde
to nikogo nie potrzebuje
nawet siebie.
zwlaszcza siebie.

bez

Bez patetyzmu, entuzjazmu, orgazmu.
Czasem moglby mnie ktos przytulic, tak po prostu.
Kobieta wylacznie.
Kolor wlosow obojetny.
Inteligencja i poczucie humoru mile widziane.
Wtedy pomysle nad tym ostatnim -zmu.

Moj dowcip rozpierdala na protony i normalnie zwala z nog.
Slabo jest.

Spac czas isc, isc czas spac.

Skoncze jako pierdolniety w zakladzie zamknietym.

Skoncze jako pierdolniety w zakladzie zamknietym.
To bardziej niz pewne.
To bardziej pewne niz sto szesnascie milionow w euromilion w ten piatek.
Odkad pamietam, w skorupce towarzyskiej zawsze byłem orzeszkiem, ktory niekoniecznie lubi wychodzic i spotykac sie z ludzmi.
Ale teraz moja niechec do prowadzenia nawet szczatkowego zycia towarzyskiego przybiera wymiar patologiczny.
Jesli juz gdzies ide pizdnac grzdylka, pogadac, zapalic, poznac i pobyc wsrod ludzi – robię to tylko w ramach psychicznej higieny.
No moze, za wyjatkiem wczoraj: ludzie, ktorych lubie i emisja na podobnych falach, wiecej lub mniej, ale zachodzi: strzala Olo i szczescia, dla Kawalka. Tylko szczescia, bo na titaniku wszyscy byli zdrowi, a malo kto przezyl.
Smutna jednakze prawda jest taka, że najchetniej nie wychodzilbym w ogole z domu.
To z pewnoscia zalosne, ale moj patent na udany wieczor/weekend/ranek to:
puste mieszkanie,zapas alko i zarcia, ksiazka jakas (czasem czytam jednak), film zajebany z internetu i muzyka, ktorej juz nikt normalny nie slucha.
Czasem chcialbym miec normalne zycie:wchodzic do domu po robocie w piatek i wychodzic z domu do roboty w poniedziałek:rytual, ktorego celebracji wyczekiwalbym jak gimnazjalista owlosienia lonowego celebrowalbym z absolutnie doskonala wirtuozeria.
Tak bardzo niebezpiecznie dobrze mi z tym odczuciem, ze tak sam se spedzam czas, ze czasami mam powazne obawy, iz skoncze jak jakis pojebany odludek z panicznym lękiem przed opuszczaniem domu, ludzmi i swiatem. Bede typem, o ktorym ludzie mysla, ze trzyma w domu zwloki dziwek, zbiera znaczki i masturbuje się w stroju Kapitana Kirka ze Star Treka przy muzyce Depeche Mode.
Mimo to nie chce sie zmienic.
Radosc plynaca z samotnosci na pewno ma swoja medyczna nazwe i sa na to tabletki.
Nie bede ich bral.
Ni chuja do ust nie wezme.
Pociesza mnie fakt, ze skoro zdaje sobie sprawe z problemu to moze cos z nim zrobie.
Albo i nie.
Raczej nie.

Osmy grzech glowny: glupota

„Bóg nie gra z ludzkością w kości” (Albert Einstein)

– Przełóż
– Leci

– Jeden trefl
– Dwa piki
– Pass
– Cztery karo
– Ostro…kto gra w karo przegra zaro: siedem bez atu
– Pas
– Pas
– Pas
– Po trzecim pasie mów pas, kutasie
– Uuuu, aleś pociągnął. Kto wychodzi?
– Pytek
– Wistuj waść, bo w pinczowie dnieje
– Na Boga wychodzisz karo?
– As bierze raz, dama bierze sama, a listonosz puka zawsze dwa razy.
– A co ja jestem, Duch święty?
– Pan, gra proszę pana z dnia na dzień coraz gorzej. Tylko, dlaczego pan gra dzisiaj, tak, jakby pan grał za dwa miesiące?
– Jezus, co ty robisz?
– No i sprawa się rypła. Posprzątane
– Nie gram więcej
– Dobra, zabawiliśmy się, powiedz LucyFair, co u ciebie?
– Źle jest. Ciężko. Sezon grzewczy w pełni, jak zawsze, ustawiczne problemy z zaopatrzeniem, a klientów jakby coraz mniej i mniej, a co u Ciebie Mister Bi?
– Nienawidzę tej roboty, wiesz? Znaczy się, nie jest źle, bo warunki pracy odpowiednie i jest darmowa kawa, ale szczerze mówiąc, ciężko jest żyć z dissociative identity disorder i mieć trzy osobowości naraz. W byciu bogiem problem polega na tym, że nie ma się do kogo modlić i ciężko znaleźć grupę wsparcia.
– Nie przesadzasz trochę? Boże, masz dobrą pracę, nie zmarnuj tego.
– I jeszcze mam ten sam problem, co ty – w sumie, LucyFair, jedziemy na tym samym wózku: klientów coraz mniej. Ludzie przestają wierzyć we mnie i w Ciebie. Wydawałoby się, że łatwo jest wierzyć w boga, bo tak trudno jest wierzyć w ludzi, ale widzisz, co się narobiło. Są nawet tacy, którzy sadzą, że nie istniejemy. Taki jeden powiedział nawet „Bóg umarł”
– I co zrobiłeś?
– Powiedziałem mu to samo: „nie żyjesz, Fryderyk” i odprawiłem go z niczem. Mieszka teraz u Ciebie, ze siódmym kręgiem. Wyobrażasz sobie, że oni zaczynają mnie wizualizować jako podstarzałego, brodatego kręgowca w gazowym stanie skupienia? Ech, najchętniej to zrobiłbym im powtórkę z rozrywki i spuścił małą deux ex machina w postaci płynnej.
– Wiesz dobrze, że nie możesz tego zrobić. Potrzebujemy ludzi i ich wiary tak samo jak oni potrzebują nas. Bez wiary nie mamy racji bytu – pamiętasz, co się stało z tym grekiem Zeusem? Ludzie przestali w niego wierzyć. I skończył jako operator wysokiego napięcia. Czasem tylko zrobi małe zwarcie, żeby nie wyjść z wprawy.
– Wiem, wiem, Lucek…ciężko jest lekko żyć.
– Masz jakiś plan?
– Ja zawsze mam jakiś plan. Puszczę im emisariusza.
– Przecież mamy tam kogoś na rezydenturze?
– Eeee tam, to zwyczajny faszystowski uzurpator, pionek od machania ręką, uśmiechów i przepraszania. My potrzebujemy kogoś, kto zarazi ludzi czymś, co będzie ich cechą powszednią. Te wszystkie siedem grzechów głównych, które proponowałeś, już im spowszedniały. Zżyli się z nimi. Przestali mieć poczucie winy. Już nie działają. Tu trzeba czegoś, co jest grzechem głównym, najgłówniejszym, oni go będą popełniać, a nie będą o tym wiedzieć. Comprende?
– O mój boże, to iście szatański plan..
– Zapominasz się, Lucek.
– Dobra, masz kogoś, kogo tam możemy posłać?
– Mam. Może nie jest zbyt lotny, inteligencją nie grzeszy, w niebie trudno grzeszyć – sam zresztą zobaczysz. Uczciwy za to jest. I uparty, i konsekwentny jak stonoga wkładająca sandały. No i jako jedyny ma wielowymiarowe szkolenie czwartego stopnia, znaczy w czasie się może operować dowolnie.
– Nie spieprzy?
– Spokojnie, on nie jest jak ta, jak jej tam było? A, Joanna, cośmy ją posłali ostatnim razem, pamiętasz?
– Ta, co jej sześć śrubek wkręcili w lewą nogę na przesłuchaniach?
– Dokładnie ta sama. W sumie przeżyła, ale miała straszne problemy z ochroną przy bramkach na lotniskach. Poczekaj moment, zawołam go.
– Gabrielu, wezwijcie mi tu Mata…
– Spocznijcie, Matołuszu. Przyglądamy się wam, Matołuszu, od dawna. Jesteście wiernym, oddanym sprawie aniołem. I w uznaniu dla waszych zasług postanowiliśmy wysłać was z misją na ziemię. Sytuacja jest następująca: nasi agenci – od 001 do 007 polegli. Zaszczepili w ludziach pychę, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie, gniew i lenistwo. Wy będziecie agentem 008. Waszym zadaniem jest prześliznąć się po epokach, i zasiać w ich umysłach Twoją, Matołuszu, dominującą cechę charakteru. Jeśli wam się uda, dostaniecie awans na serafina i najnowszy model skrzydeł „GoldWing”, zrozumieliście?
– Eeeeee? To, co ja mam tam robić w sumie?
– Bądźcie sobą, Matołuszu, bądźcie sobą – to wystarczy. Możecie się zahaczyć do pracy gdzieś, najlepiej w massmediach, telewizji czy gdzie tam chcecie. Byle byście byli sobą, to wystarczy. Tylko imię zmieńcie na inne, bo was zdemaskują. Nie za bardzo, może być jedna literka, bo mi się zgubicie. A jak już przelecicie przez te epoki, to odwiedźcie Powązki, tam w Alei Zasłużonych leżą pozostali agenci, złóżcie hołd. I przywieźcie mi coś z podroży. Odmaszerować.

– I co o nim myślisz, Lucek?
– Jest doskonały.
– Prawda?

***

– Wiesz, God Father, to naprawdę był idealny plan. I realizacja pierwsza klasa: nie nadążam z przerobem teraz, kotły pełne, klienci walą drzwiami i oknami, Charon nie nadąża z transportem, a ja musiałem odwołać swoich z urlopów. Nikt się nie zorientował?
– Coś Ty, Lucek…są jak stado baranów – zajmują się pierdołami, a nie zdają sobie sprawy, że oprócz tych siedmiu oficjalnych grzechów głównych, jest jeszcze jeden, najważniejszy, – bo niewidoczny, napisany najmniejszym druczkiem. Od razu wiedziałem, że głupota jest doskonałym, ponadczasowym wynalazkiem, od którego ludzkość nie jest w stanie ani uciec, ani się wyzwolić. Wszechobecna, wszechogarniająca, ponadczasowa i totalna…
– To coś, tak jak my dwaj, prawda?
– Zachowujcie się LucyFair, bo każe was egzorcyzmować…

– Gratulujemy Wam, Matołuszu, pomyślnego zakończenia misji. Spełniliście ją wzorowo: ilość inteligencji na planecie jest wielkością stałą, a populacja nadal rośnie…Co tam chowacie za plecami?
– Prezent.
– Dawajcie, no nie wstydźcie się.
– Co to jest? Dajesz swojemu bogu świeczkę? A co dasz diabłu?
– Miałem ogarka, ale poszedł w las….
– Tu też już idźcie, Matołuszu. Idźcie.

sobotni show time czyli bagienko behawioralne

Artysci bawia sie z rozmachem i nosza sie wykwintnie.

Flaszka pierwsza:

‚czy naturalistyczno realistyczne koncepcje efemerycznych pryncypiow sa w stanie zdeterminowac ogolne imperatywy dobra i zla?’
‚ strukturalizm juz sie przezyl’
‚utrzymanie status quo jest niezbedne w wyznaczaniu dyrektyw’
‚elektryfikacje motoryzacji hamuje paliwowe lobby’

Flaszka trzecia:

‚ta, to zwykla kurwa jest, zajebalabym ta glupia pizde’
‚i wiesz co mi ten glupi chuj powiedzial? wypierdalaj. tak mi powiedzial prosto w oczy.pierdolony skurwysyn’ ‚no wez,,kurwa, nie pierdol, nalej’
‚daj, spokoj stary, to zwyczajna jest szmata, kazdy ja juz mial ‚

butelka po butelce opadaja maski.

Twarze pomalowane w falszywe usmiechy za ktorymi czai sie zazdrosc, zawisc, frustracja i chec wydrapania tej drugiej osobie oczu: paluszki wykwintnie odchylone, okragle zdania ze zbyt duza iloscia trzysylabowych wyrazow.
Obluda mylaca jak odpustowe dekoracje.
Lokalne targowisko proznosci: pawie eksponuja piora, ogony na bacznosc.
Lanserka i pozerstwo.
Szczerosc jest deliktem glownym, hipokryzja jedenastym przykazaniem.
Poczatkowo kurwa pada tu rzadko: my, inteligencja, kwiat emigracji nie przeklinamy przeciez.
(bulke przez bibulke,chuja cala reka)
Sa rzeczy wazniejsze: kultura, sztuka, polityka i no i my przeciez, bo jakze inaczej. My elita, sol tej ziemi, perly przed wieprzami, wspolczesna arystokracja.
Pyta sie tu malo.
Slucha jeszcze mniej.
Duzo czesciej emitujac swoje doniosle zdanie, wiedze na kazdy temat.
Rozmawia sie glosno na absolutnie niewazne tematy uzywajac trudnych slow, glosno uzycie ich akcentujac, za kazdym razem rozgladajac, czy wszyscy juz dostrzegli, wspanialosc,wyksztalconie,elokwencje i doskonale dobrane do okazji upierzenie.
Teatr:
zdobywcy pewnych Oskarow.

Artysci nosza sie z rozmachem i bawia sie wykintnie:
poeci, pisarze, malarze, fotograficy, dzialacze,aktywisci,satelici.
wiekszosc poznalem bardziej niz na to zasluguje,
kilkoro poznalem mniej, nizbym chcial : i to im udaje sie podtrzymac moja watla wiare w ewolucje.
(Malgorzacie i Tomaszowi, Katarzynie i Marcinowi, Agnieszce, dwom Robertom i Jackowi: to dzieki Wam jeszcze wierze )

Iddzie ofiara spelniona.
przedstawienie musi trwac,a przeciez za tydzien tez jest sobota.

Mam chyba dosc jakichkolwiek imprez na najblizsze pol roku.

%d blogerów lubi to: